wtorek, 17 czerwca 2014

Dzień 28. Sobrado dos Monxes - Santa Irene (38 km).

Z "Dziennika podróży":
28.08.2013
Rano żegnamy się z klasztorem w Sobrado i ruszamy przed siebie. Jeszcze po ciemku ustalamy, że w Boimoto, gdzie droga się rozchodzi, podejmiemy decyzję, którą jej odnogę wybieramy – czy tę, która doprowadzi nas do Santiago w dwa dni, czy inną, która zrobi to w trzy. Na miejscu decydujemy się na wariant krótszy, wychodząc z założenia, że nie ma co przedłużać wędrówki po tym, jak szlak połączy się z Camino Frances. Dochodzimy też do wniosku, że w ewentualny dodatkowy dzień pójdziemy do Muxii, bo wcześniej planowałyśmy dotrzeć tylko do Finisterry. Rozglądamy się też po drodze za Freddie’m, który już wczoraj powiedział nam, że wybierze krótszy wariant trasy, ale nigdzie go nie widzimy. Wędrujemy tak i wędrujemy, aż w końcu docieramy do miejsca, gdzie kończy się Camino del Norte, a zaczyna Camino Frances. Do tego, co wtedy przeżywamy, pasuje tylko jedno określenie: szok kulturowy. Nagle wszystkie słupki i znaczki pokryte są najróżniejszymi podpisami i napisami, a przy drodze pojawiają się nawet kosze na śmieci. Trawa jest też jakby bardziej wyschnięta, robi się cieplej, a kiedy szlak przecina nacjonalną, to… dla pielgrzymów zbudowano specjalne przejścia podziemne! Tak docieramy do Santa Irene, gdzie postanawiamy zostać, bo w Pedrouzo nie ma już miejsc. I to mimo że tamtejsze albergue ma 126 łóżek! Dziwi nas to, że po drodze na Frances nie mijałyśmy zbyt wielu osób, potem jednak wybieramy się do sklepu oddalonego od naszego schroniska o 3 km i w drodze powrotnej mijają nas dzikie tłumy. Nawiasem mówiąc, sklep ten znajduje się w Pedrouzo, więc tak czy siak tam docieramy i łącznie robimy tego dnia ponad 40 km. ;) Potem prysznic, pranie, kolacja i relaks przed spaniem – jutro pobudka o czwartej, żeby zdążyć na mszę dla pielgrzymów w katedrze w Santiago, która odbywa się w południe. Zobaczymy, czy ten ambitny plan wypali. ;)
***

Spotkani na Camino
Dwie dziewczyny, które śpią z nami w jednym pokoju w Santa Irene - jedna to Brytyjka, druga Francuzka. To właśnie je odczytuję jako chodzący syndrom degrengolady Camino Frances - 20 km pokonują cały dzień (trudno się dziwić, jeśli ze schroniska wychodzą o dziewiątej...), szlak to dla nich przeżycie wyłącznie turystyczne, wędrują z ludźmi zupełnie nieprzygotowanymi do drogi, a wieczór w albergue umilają sobie... piwem oraz śpiewami przy gitarze. Bo któryś z ich znajomych nosi ten instrument przy sobie! Albo wysyła go za sobą samochodem z schroniska do schroniska, jak to się często dzieje na Drodze Francuskiej...

Poranek.
;)
Cóż za luksusy! ;)
Po lewej skrzyżowanie w Boimorto od tyłu. ;)
Camino Frances.
To coś uaktywniało się, jeśli się obok tego przeszło i... zaczynało gadać, zapraszając pielgrzymów do jakiegoś prywatnego albergue!
Na Camino Frances kicz miesza się z powagą.
A na koniec - reklama jakiegoś nawiedzonego schroniska w Santiago i kolejny mój eksperyment z hiszpańskimi napojami. ;)