Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vrnjačka Banja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vrnjačka Banja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2013

Vrnjačka Banja - spacer w górę i na górę.

Niestety, Vrnjačka Banja okazała się małą mieściną i wkrótce zwyczajnie zabrakło mi nowych tras do odbywania porannych spacerów. Wszystkie hotele i pensjonaty zaczęły też wydawać mi się do siebie podobne, więc zdjęć powstawało coraz mniej. Dziś więc kompilacja fotografii zrobionych w ciągu dwóch dni. A od następnego posta wracamy na trochę do Belgradu. ;)



czwartek, 3 stycznia 2013

Vrnjačka Banja - spacer na wprost.

Drugiego dnia również wyruszyłam na spacer - tym razem na wprost (czyli wzdłuż promenady biegnącej przez środek miasteczka.


 W samolocie  w magazynie pokładowym czytałam wywiad z żoną ambasadora Japonii mieszkającą obecnie z mężem w Belgradzie. Wspomniała ona o żółtych autobusach z darów japońskich, które wciąż jeżdżą po stolicy Serbii. Dlatego też, widząc jakikolwiek żółty autobus w Belgradzie, pytałam Tihomira czy to ten japoński. W końcu miał mnie dość (i na dodatek nie pokazał mi żadnego! Znalazłam potem jeden sama). ;) Nawet nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam we Vrnjačce Banji japońską... śmieciarkę. ;)))
 Ta kura puszczająca oczko to Gočko - maskotka Vrnjački Banji. Nie pytajcie...
 Na koniec Most Miłości, który nawet ukryty w połowie pod śniegiem robił wrażenie. ;)

środa, 2 stycznia 2013

Vrnjačka Banja - spacer w lewo.

Zacznijmy od dworca autobusowego w Belgradzie - kupując bilet, należy uiścić dodatkową opłatę za żeton (100 dinarów), którego wrzucenie w otwór przy bramce jest jednym sposobem przedostania się na perony (sic!). Ale to nie koniec wyłudzania pieniędzy od pasażerów - za przewóz bagażu w luku bagażowym trzeba uiścić u kierowcy kolejną opłatę (50 dinarów). Nie wspomnę o tym, że w bilet wliczone jest także ubezpieczenie i coś tam jeszcze, za co płaci się niby w bilecie - ale dodatkowo. ;) W każdym razie zapłaciliśmy wszystko, co trzeba i rozsiedliśmy się a autobusie przed prawie czterogodzinną podróżą do Vrnjački Banji, czyli miejsca, które było prawdziwym celem naszego wyjazdu do Serbii, gdyż mieliśmy wziąć tam udział w szkoleniu "Theatre for open dialogue". Jak wiadomo, na takich szkoleniach zajęcia rozpoczynają się zawsze żałośnie późno (o 10 ;) ), a od rana trzeba coś ze sobą robić. Zgodnie więc z rozwiązaniem podsuniętym mi przez Anię i Pawła (pozdrawiam!) podczas naszego pobytu na Ukrainie postanowiłam codziennie odbyć poranny spacer. Pierwszego dnia wybrałam więc drogę na lewo. ;) Poniżej widzicie zdjęcia, które wtedy zrobiłam - architektura w tej miejscowości była dość ciekawa, bo łączyła w sobie styl przedwojennych willi, cuda radzieckiej myśli technicznej i nowoczesne budownictwo kurortowe (bo słowo "Banja" oznacza nasz swojski "Zdrój". ;) Źródeł było w miejscowości kilka, a woda z wyraźnym posmakiem siarki, czyli taka, jakiej nie lubię ;) ).

Tak to właśnie wyglądało (na pierwszym zdjęciu widzicie nasz hotel... który w czasach jugosławiańskich gościł głownie wojskowych i z tej okazji posiadał basen. ;) Chodziłam tam codziennie i fajnie, że mieliśmy taką możliwość, ale wszystko oprócz czystości wody pozostawiało sporo do życzenia - nie było światła i przebieralni, brakowało klamek i toalety, a prysznice znajdowały się na widoku pływających ;) ).
Ten pies pałętał się za mną pierwszego dnia. Potem gdzieś zniknął.