Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójmiasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójmiasto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 marca 2016

Murale na Zaspie.

Po ostatnim zimowym poście cofamy się w czasie do... września 2015 roku. :D Mój samolot z Irlandii wylądował w Gdańsku całkiem wcześnie rano, co pozwoliło nam na zaplanowanie małego zwiedzania. A że w Trójmieście widziałam już prawie wszystko, padło na murale na Zaspie.

Pamiętam, że pogoda była szalona, raz słońce, raz ulewny deszcz, a na niebie ciemne skłębione chmury. Pomiędzy wysokimi budynkami przemykały malutkie ludzkie postacie z parasolami. Nasz był tęczowy.

Poziom artystyczny murali na Zaspie jest nierówny, niektóre są świetne, takie, że szczęka opada z zachwytu, a inne sprawiają, że też opada – tylko z zupełnie innego powodu. Jednak co Łódź, to Łódź.





















środa, 19 listopada 2014

Ćwiczenia z zaniechania.

Wszystko zaczęło się od tego, że w jakimś fejsbukowym konkursie Marietta wygrała bilet na koncert Portishead. Potem okazało się, że koncert ten organizowany jest w ramach Artloop Festival. Potem pomyślała sobie, że fajnie będzie zaprosić do Trójmiasta mnie, bo festiwal ma całkiem fajny program. Potem ja zaproszenie przyjęłam i zaczęłam przekopywać stronę internetową Artloopa w poszukiwaniu najciekawszych punktów programu. Potem natknęłam się na "Ćwiczenia z zaniechania", czyli projekt artystyczny Eli Jabłońskiej. Z krótkiego opisu, który znalazłam na stronie, wynikało, że wystarczy zgłosić swoją chęć wzięcia udziału w projekcie, a w zamian za to (i 4 godziny nicnierobienia na plaży) dostaje się za darmo nocleg w jednym z luksusowych sopockich hoteli. Nie licząc na wiele, postanowiłam wypełnić formularz. Zrobiłam szybko - i dość niestarannie, przyznaję. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że zakwalifikowałam się do udziału w projekcie i że za jakieś dwa tygodnie czeka mnie noc w Pensjonacie Eden.

"Ćwiczenia z zaniechania" były po prostu zbiorową formą relaksu. Mieliśmy zabrać jak najmniejszy bagaż i jak najlepsze humory, a potem przyjechać do Sopotu, nigdzie się nie spieszyć i odpocząć. Jedynym naszym obowiązkowym punktem programu było dwugodzinne wspólne nicnierobienie na plaży, którego z przyjemnością dokonaliśmy dwa razy. :) Poza tym, mieliśmy wolną rękę, więc ja zobaczyłam sporo festiwalowych atrakcji z Mariettą (byłyśmy nawet w jednym z pokojów w Hotelu Grand, bo także i tam znajdowała się instalacja artystyczna!). Najlepiej jednak wspominam przepyszną pizzę z "Sempre", na którą wybrałam się z Iwoną, czyli moją współlokatorką z Edenu (w którym notabene naprawdę było jak w Edenie, polecam więc ten pensjonat wszystkim, których stać na takie luksusy ;) ). Mówię Wam, nie ma na świecie nic lepszego niż pizza w "Sempre". To powiedziałam ja, Wanda Grudzień. ;)

W ramach projektu mieliśmy wykonać zdjęcie swojego bagażu...

... a także kilka fotek po drodze do Sopotu.


"Eden".









 Festiwalowe instalacje.





Na plaży...



... i ćwicząc zaniechanie. :)

Wieczorny widok na Hotel Grand i stół w "Sempre".

I na koniec poranny spacer nad morze. Wybrałam się też na przejażdżkę sopockim veturilem, a po fakcie okazało się, że w kurorcie ta przyjemność kosztuje sporo więcej niż w stolicy...




niedziela, 16 listopada 2014

Miks gdański.

Jakiś czas temu wybrałam się z mamą i siostrą do Gdańska. Postanowiłyśmy najpierw obejrzeć tamtejszy bursztynowy stadion, ale okazało się, że największe wrażenie robi on chyba jednak w nocy - zwłaszcza, że pani przewodnik, która nas oprowadzała, nie wyglądała na przesadnie zafascynowaną piłką nożną, więc po prostu odbębniła z nami wycieczkę i już. ;) Gdybyście chcieli w naprawdę niesamowitej atmosferze zwiedzać stadion, polecam Pepsi Arenę należącą do Legii Warszawa. Co prawda zwiedzałam ją już jakiś czas temu, ale świetnie pamiętam tamto oprowadzanie, bo przewodnik był fanem klubu z krwi i kości, a żyletę znał jak własną kieszeń - jeśli wiecie, co mam na myśli. ;)

Z PGE Areny udałyśmy się do Europejskiego Centrum Solidarności, które było głównym celem naszej wycieczki. Najpierw dokładnie obejrzałyśmy budynek z zewnątrz (jego bryła jest dosyć kontrowersyjna, ale mnie całkiem przypadła do gustu, szkoda tylko, że Brama nr 2 jest teraz zupełnie wyrwana z kontekstu), a potem weszłyśmy do środka. Trochę zdziwił nas widok zimowego ogrodu, który urządzono we wnętrzu, ale po chwili okazało się, że przez pierwszy miesiąc po otwarciu wstęp jest darmowy, a wejściówka ma formę kartki na mięso, także nasza uwaga została skutecznie odwrócona. Wystawa jest naprawdę świetnie przygotowana - szczęka opada, nie ma co ukrywać. Nie wiem tylko, dlaczego budynek jest taki ogromny, skoro zajmuje ona maksymalnie 10 sal. ;) Mimo wszystko jednak ECS naprawdę należy zobaczyć i warto wybrać się do Gdańska tylko z jego powodu. :)

Na koniec spotkałam się z Anią i Pawłem, których poznałam na Ukrainie. Razem z ich znajomymi ruszyliśmy na wycieczkę po stoczni. Paweł jak zwykle opowiadał bardzo ciekawe rzeczy i nakłaniał nas do zaglądania w przeróżne (nielegalne) zakamarki. ;) Zajrzeliśmy więc do środka jednej z opuszczonych hal stoczniowych, weszliśmy do innej, która znajdowała się w stanie całkowitego rozpadu, a także zwiedziliśmy dawny squat. W planie był też pokaz filmu, ale ja niestety musiałam zwinąć się szybciej, żeby złapać pociąg do domu.

PGE Arena.








Europejskie Centrum Solidarności.











Znajdź element niepasujący do reszty. ;)




Stocznia.