Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

Lomo-Abruzzo.








piątek, 31 października 2014

Bolonia.

Swój pobyt w Bolonii zaczęłam od... około kilometrowego spaceru z lotniska do najbliższego przystanku autobusowego. :D Oczywiście nie oznacza to, że nie ma żadnego transportu spod terminalu - jest on po prostu niebotycznie drogi, a mnie zależało na jak najtańszym dojeździe do miasta. Bo im tańszy bilet, tym więcej gelato można zjeść, zwłaszcza, że Bolonia chlubi się zaszczytnym mianem włoskiej stolicy jedzenia. :D

W centrum okazało się, że z jakiegoś powodu kilka głównych ulic jest zamkniętych, tym bardziej cieszyłam się więc, że wybrałam tańszą opcję transportu, bo i tak nie udało mi się dojechać tam, gdzie chciałam. Dalej ruszyłam więc pieszo, ciesząc się w duchu, że większość chodników w Bolonii okryta jest arkadami - nie wiem, jak to możliwe, ale było tam dużo goręcej niż w Madrycie. A przynajmniej takie miałam wrażenie, bo w Hiszpanii było bardzo sucho, więc organizm oszczędzał wodę i prawie się nie pociłam. We Włoszech natomiast powietrze było wilgotne i wystarczyło zrobić dwa kroki z plecakiem ciążącym na plecach, a człowiek już był cały zlany potem.

Zaczęłam od spaceru po mieście - oczywiście w kierunku upatrzonej lodziarni. ;) La Sorbetteria Castiglione mnie nie zawiodła i już wkrótce mogłam rozkoszować się pysznymi gelato. Potem ruszyłam na dalszy podbój Bolonii: po skrzypiących drewnianych schodach wspięłam się na szczyt Torre degli Asinelli (na szczęście pozwolono mi zostawić plecak na dole, bo inaczej nie wiem, czy udałoby mi się tego dokonać), odkryłam, że miejsce, w którym chciałam zjeść pizzę jest zamknięte (nie wiadomo, czy z powodu urlopu, czy sjesty), zwiedziłam najpiękniejszy cmentarz, jaki dane mi było do tej pory zobaczyć (Certosa di Bologna), w żałobie po pizzy spożyłam kolejną porcję lodów (w Gelateria Islanda) i udałam się do sanktuarium w San Luca, do którego wiedzie malowniczy szlak pod arkadami (który jest tak stromy, że obciążona plecakiem o mało nie wyzionęłam ducha. Camino może się schować. Albo wyszłam z wprawy ;) ). Odpoczywając na szczycie, musiałam mieć bardzo cierpiętniczą minę, bo jakieś małżeństwo siedzące na ławce nieopodal zaoferowało mi podwózkę na dół. Oczywiście na migi, bo ja po włosku potrafię powiedzieć tylko dwa najprzydatniejsze słowa: "grazie" i... "gelato", oczywiście. ;) Z ochotą przystałam na tę propozycję, a podczas jazdy odbyliśmy krótką konwersację, w której próbowałam wyjaśnić, że jestem z Polski. Przebiegała ona mniej więcej tak:
Oni (po włosku): skąd jesteś? 
Ja (zakładając, że pytają, skąd jestem): eeee, Polonia? 
Oni (nie zrozumiawszy): tak, tak, zawieziemy cię do Bolonii, ale skąd jesteś? 
Ja: Polonia! 
Oni: tak, tak, to jest Bolonia, ale skąd ty pochodzisz? 
Ja (z rozpaczą w głosie): Polonia? 
Oni (głośno): Aaaaa, papież Jan Paweł II!

A potem wysadzili mnie w mieście, a ja udałam się na przystanek, skąd miał odjechać mój autobus na lotnisko. Po drodze przez przypadek znalazłam inną filię Gelaterii Castiglione, więc wygrzebałam z dna kieszeni resztę zaskórniaków i zjadłam jeszcze jedną porcję lodów na pożegnanie z Włochami. Na koniec tego obfitującego w wydarzenia dnia czekał mnie jeszcze powrotny spacer na lotnisko, gdzie spędziłam przemiłą noc. Gdyby ktoś chciał kiedyś iść w moje ślady: warto dotrzeć tam na tyle szybko, żeby zająć sobie jedną z kanap stojących na pierwszym piętrze w hali odlotów. ;)

Bolonia.


















Torre degli Asinelli.






Certosa di Bologna.







W drodze do San Luca...

... i na miejscu.





Na koniec młoda para, lody...

... oraz widok z drogi na lotnisko. :)

poniedziałek, 2 września 2013

Czerwiec w obrazkach.

Na lotnisku Rzym Fiumicino mieliśmy sporo czasu. Czekając, siedzieliśmy pod... salą do modlitw. ;)

Self Shop, potocznie zwany automatem, na dworcu w Pescarze. ;)
Jeszcze kilka fotek z Włoch. Ten wyjazd był bardzo owocny pod względem fotograficznym. ;)
Po prawej widzicie włoski sposób na wieszanie nekrologów. Nie wspomnę o tym, że one są kolorowe. :o ;)
Bułgarska fasola we wzorki. ;)

Każdy z nas dostał we Włoszech kubeczek na własność, z którego piliśmy na każdym posiłku i który był naszym "najlepszym przyjacielem". Niestety, na koniec musieliśmy je zostawić. ;( ;)
Ostatniego wieczora grała dla nas do tańca włoska kapela ludowa. :D
Tak wyglądałam wg moich włoskich znajomych. ;) Obok fragment motylarnii na wyspie Mainau.
W autobusie w Konstancji. "Drogi podróżny! 40 euro to dużo pieniędzy... Według Regulaminu Przewozów taką opatę musimy pobrać od Ciebie, jeśli korzystasz z trasportu publicznego bez ważnego biletu. Lepiej kup sobie za to coś ładnego! Tym samym wyświadczysz sam sobie ogromną przysługę i zaoszczędzisz nam niemiłej pracy".
Śmieci w Konstancji i wywieszka Deutsche Bahn na jednej ze stacji: "Nie w smak każdemu, ale dobra mieszanka: nasz Koktail Remontowy".
Odpływ w zlewie w łazience u mojej hostki w Stuttgarcie. :D
Również gdzieś w Stuttgarcie. ;)
Dwukolorowa amerykanka?! Wcale nie smakowała lepiej...
Berlińskie ludziki na światłach w Ludwigsburgu. ;)
Parking dla kobiet tamże. ;)
Rury remontowe w Stuttgarcie. Ściągają od Berlina! ;)
Heh. ;)
Kosz z wymalowanym serduszkiem i "To mogłoby ci pasować: szkoła policealna dla międzynarodowych projektantów mody". ;)))
"Jeżdżący bez biletu, uwaga! Tutaj do noclegu dodajemy darmowe bilety na transport publiczny".
Śmiesznie obklejone ziemią ziemniaki.
Bacalhau w wykonaniu moich couchsurferów z Portugalii. To właśnie ich odwiedzimy w Porto. :)
A potrawa wyszła im pyszna! :)
Żegnając moją koleżankę z USA, zjedliśmy kolację w restauracji kambodżańskiej.
Wyścig kaczek w Heidelbergu. Gdyby ktoś był zainteresowany - w Kościerzynie też takie organizują. ;)

W Heidelbergu widziałam też w sklepie wino z regionu Abruzzo we Włoszech, gdzie ostatnio byłam. ;)
Heidelberska twórczość znakowa. ;)

Jakie zwierzątko jeździ w takiej klatce waszym zdaniem? ;)
Dwie dziewczyny widziane w Heidelbergu z torbami z Berlina. ;)
Podróż po Dolinie Środkowego Renu - tamtejsze mieściny są tak małe, że kasy są zazwyczaj nieczynne i bilety kupuje się u konduktora.
Jeden z dworców w tych małych miejscowościach był dość przerażający - w szybach znajdowały się takie dziury. :o
 
Wlepka widziana gdzieś po drodze.
W Koblencji trwał akurat festiwal piwa. ;)
Naszych przedstawicieli nie mogło zabraknąć! ;)
Kosz na śmieci tamże oraz elegancka dzielnica willowa w Bonn, gdzie spałam tego dnia.
Po lewej jeszcze Bonn, po prawej już Tempelhof i dziwna konstrukcja w tamtejszym urban garden. ;)
Ogłoszenie o licytacji rowerów na dworcu w Düsseldorfie oraz tablica w Münster o tym, gdzie należy, a gdzie nie należy ich odstawiać. ;)

Deutsche Bahn jak zwykle opóźniony...
("Zamordowany przez nazistów")
Śmieszna reklama jednej z sieci komórkowych.
Samochód-reklama. ;)
Turecki cmentarz, na który zaszłam, bo był niedaleko Tempelhofu.

Po jednej z koleżanek, która wyjechała z Berlina wcześniej niż ja, odziedziczyłam sporo zamrożonych truskawek. W związku z tym jedliśmy truskawkowe crumble dzień w dzień przez bity tydzień. Pycha! ;)
I na koniec - mój serbski faworyt, czyli biszkopty Plazma. :D