sobota, 22 lutego 2014

Paryż. Dzień 1.

Paryż był moim marzeniem od dzieciństwa, więc bardzo się ucieszyłam, kiedy się tam znalazłam (no pomijając ten moment, kiedy jechaliśmy autobusem z Bauvais i po raz pierwszy ujrzałam Wieżę Eiffela na żywo... a na pierwszym planie znajdowała się wielka dymiąca fabryka ^^). Zamieszkałyśmy w hostelu AIJ Paris (dobre położenie, niezły stosunek jakości do ceny jak na stolicę Francji, małe wspólne pokoje ze śniadaniem, ale jeśli śpicie w czwórce, bierzcie koniecznie łóżka na drugim piętrze pokoju, bo rury w łazience są okropnie głośne ;) ), który stał się naszą bazą wypadową na najbliższe dwa dni. Po zameldowaniu padnięte padłyśmy na łóżka (padający deszcz też nie zachęcał do wychodzenia...), ale rano wypoczęte ruszyłyśmy w miasto. Tyle że opady nie ustały w ciągu nocy, więc zaczęłyśmy od Muzeum d'Orsay. Wystawiane tam dzieła są oczywiście światowej klasy, ale moje największe zainteresowanie wzbudził sam budynek, który kiedyś pełnił funkcję dworca kolejowego oraz mnóstwo ludzi w różnym wieku ze szkicownikami i sztalugami, którzy coś rysowali lub malowali. Kiedy opuściłyśmy muzeum, przestało już padać, więc ruszyłyśmy spacerkiem wzdłuż Sekwany do Notre Dame. Najpierw zwiedziłyśmy kościół (witraże naprawdę robią niesamowite wrażenie!), a potem wdrapałyśmy się na szczyt jednej z jego wież (i czekałyśmy tylko 15 minut w kolejce, więc naprawdę się nam udało ;) ). Stamtąd ruszyłyśmy dalej, ale musiałyśmy zrobić przerwę u bram Dzielnicy Łacińskiej, bo zaczęło niesamowicie lać - pojawił się nawet grad. ;) Z naszej bazy pod daszkiem jednej z restauracji obserwowałyśmy Paryżan i turystów w obliczu tej katastrofy naturalnej, a kiedy pogoda się trochę uspokoiła, poszłyśmy dalej. Zajrzałyśmy do księgarni Shakespeare & Company i stwierdzam, że peany wyśpiewywane na jej cześć absolutnie nie są przesadzone. Stamtąd ruszyłyśmy na crepsy, o których mówi się, że są najlepsze w Paryżu (zielona budka przy Boulevard Saint-Michel 69), ale niestety nie byłyśmy w stanie dogadać się z panem, który twierdził, że jest zamknięte z powodu jakiegoś wydarzenia, które odbywało się tam wieczorem (?). Rozczarowane ruszyłyśmy dalej na Rue Mouffetard, uroczą uliczkę pełną straganów przeróżnych sprzedawców, a potem postanowiłyśmy udać się na Wyspę św. Ludwika, by pocieszyć się lodami z Berthillonu, który cieszy się sławą najwspanialszej lodziarni w mieście. No i rzeczywiście - lody były bardzo smaczne, ale niewarte swojej ceny (2,50 za niewielką gałkę). Stamtąd ruszyłyśmy do Marais, dawnej dzielnicy żydowskiej, żeby spróbować falafela z "L'As Du Fallafel", który miał być najlepszy w mieście. Niestety, smakował nam średnio i raczej nie jest wart swojej sławy. W tym punkcie należy wspomnieć o czymś, co bardzo nas zaskoczyło - jeśli decydujecie się jeść na miejscu w knajpie, a nie brać żarcie na wynos, za te same potrawy zapłacicie więcej (np. na tym falafelu był to wzrost ceny z 5,50 do 8 euro) - i nie jest to tylko praktyka tej jednej knajpy, tak się po prostu robi w Paryżu (i jak się potem okazało - w Londynie też). Na koniec udałyśmy się do Centrum Pompidou, gdzie cieszyłyśmy oczy sztuką nowoczesną (ekhem, ekhem ;) ) i świetnym nocnym widokiem na Wieżę Eiffela. :)

D'Orsay.
 Nad Sekwaną.
Notre Dame.
 Dzielnica Łacińska.
Marais.
 Na Rue des Rosiers jest dużo więcej knajp z falafelem, więc kiedy będziecie w Paryżu, możecie pokusić się o spróbowanie tego dania gdzieś indziej - dajcie mi wtedy znać, jakie było. ;)
 Centrum Pompidou.
 I na koniec - widok na podświetloną Wieżę Eiffela z ostatniego piętra Centrum. :)